O j c z e n a s z . . .
W ich domu życie płynęło po staremu. Matka raz w tygodniu, a nieraz i częściej, wyjeżdżała za ,,uciułane pieniądze", w najbogatsze strony Kielecczyzny. Po pszenicę, mąkę, groch, cebulę i kaszę. Jeżdziła z garnczkami do Jędrzejowa, Charsznicy, Dwikóz, Złotego Potoku, Wysokich Gór i wielu innych miejscowości i wiosek. Aby zarobić cośkolwiek dla nich na chleb albo placek razowy, taki pieczony pod blachą w kuchni.
Pakowała wiele małych woreczków w jeden albo dwa duże, a potem żegnając się z nimi, prosiła prawie w progu, bo zawsze się śpieszyła:
- Marysiu, uważaj mi szczególnie na Franię, żeby jej się nic złego nie stało. Nie bawcie się przypadkiem zapałkami, no i szybra na noc wcale nie zasuwajcie, bo byście się podusili. Rozumiecie?! Ty, Marysiu, jesteś teraz dla nich jakby ojcem i matką. Pamiętaj!
I bywało, że Marysia wczuwała się w swoją rolę i karciła ich, albo groziła pasem, gdy chcieli coś zepsuć w domu, albo zrobić po swojemu, nie tak jak ona chciała i kazala.
-Wielka mama! Wielki ta-ta! - drażniła się Frania wywalając język po samą brodę, skacząc po łóżku i klaszcząc w ręce. A ojca i brata dawno nie widzieli.
- Ani listu tata nie napisze, Mamo.
- Chyba on o nas zapomniał.